
Podsumowanie fabularne Wirów Pontaru
Jakub Krassowski
18.01.2026
Jarmark okazał się dla Ostrowa Pontarskiego nie tyle świętem handlu, co momentem, w którym całe miasteczko stanęło na krawędzi nowej epoki. Kiedy pierwsza fala kupców, uchodźców, artystów i dyplomatów przetoczyła się przez Chwosty-Flochburg, nikt jeszcze nie wiedział, że to ostatni taki jarmark przed wojną…
Spora część życia kręciła się wokół pieniędzy i trunków. Bimbrownicy wyszli z cienia, zalegalizowali swój spirytus, odkupili Dom Piwowarów i wpakowali się w poważne interesy z Gildią Kupiecką, Matronami, a nawet Ofirczykami. Gildia w tym czasie dopinała własną dominację: kościany turniej, układy z Wiecznym Ogniem i rozbicie Skórników sprawiły, że to kupcy zaczęli naprawdę „rządzić papierami”. Zajazd pod Gryfem wyrósł na eleganckie centrum życia towarzyskiego i politycznego, zabezpieczony aktami własności i monopolem na bimber, podczas gdy Tawerna pod Patelnią stała się nocnym sercem półświatka - z ustawianymi walkami, nielegalnymi trunkami i hazardem.
Równolegle trwała cicha wojna o dusze mieszkańców. Głosiciele Wiecznego Ognia zapłacili wysoką cenę za swoją krucjatę - stracone relikwie, okaleczeni bracia, rozłam i potrzeba nowej doktryny - ale zostawili po sobie strach, szacunek i świadomość, że są gotowi stanąć naprzeciw nawet Gauntera O’Dima. Lecznica Melitele odpowiedziała inną strategią: współpraca zamiast wojny. Kapłanki ułożyły się z Guślarzami i Zielarkami, wspólnie opanowały „niebieskie zatrucia”, uporządkowały bagna z pomocą Grabarzy i zdobyły medyka z Oxenfurtu, stając się stabilnym filarem opieki i duchowego porządku. Krąg Guślarzy z kolei rozprawił się z szaleństwem Johanna, utrzymał pozycję niezależnych uzdrowicieli i wszedł w skomplikowaną sieć relacji z Kapłankami, Grabarzami i Scoia’tael.
Na bagnach, żalniku i nabrzeżach rozgrywała się mniej widowiskowa, ale kluczowa walka o bezpieczeństwo codzienności. Grabarze oczyścili cmentarz z północnicy, zabezpieczyli mury przed trupojadami, współpracowali z obiema religiami i… nawiązali bliższą znajomość z Panem Lusterko. Dokerzy przebłagali Wodnych Panów, wznowili przeprawy i dzięki barkom stali się nie tylko kręgosłupem handlu, ale potencjalnym krwiobiegiem ucieczek i kontrabandy, ściśle spleceni z szemranymi interesami Ludzi Stynki. Dla Nieludzi te same bagna były przede wszystkim wielkim, nie zaopiekowanym cmentarzem - miejscem, gdzie w mule spoczywali polegli pobratymcy… Nie było zemsty, nie było zadośćuczynienia, nie padło nawet słowo przyznania się do winy - a nawet gdyby padło, nie byłoby wystarczające… Są krzywdy, których nie da się odpłacić przeprosinami, tylko czynem albo wcale. W takiej sytuacji słowa werbowników Scoia’tael, działających z nadania Nilfgaardu i obiecujących broń oraz wyrównanie rachunków, mogły wcale nie brzmieć jak obca propaganda - ale cóż, któż to wie, co naprawdę kiełkuje w głowach nieludzi.
W tle coraz wyraźniej rysowała się wielka polityka. Przyjezdni krok po kroku zbudowali gęstą siatkę kontaktów - od Żebraczej Kamraderii, przez karczmy, aż po egzotycznych kupców z Ofiru. Rozmowy, listy i dyskretne ustalenia zaczęły układać się w coś większego niż zwykły jarmarczny handel. Raporty i wieści ruszyły w świat, a to, co z nich wyniknie, z całą pewnością sięgnie daleko poza Chwosty i brzegi Pontaru. Delegacja z Toussaint, która z winem i uśmiechami, równie cierpliwie zbierała nazwiska i deklaracje - zyskała realne poparcie dla swojej sprawy wśród kupców, żebraków, nieludzi i Ludzi Stynki. Syanna, gdziekolwiek teraz przebywa, może być z tego rozwoju wypadków zadowolona. Karawana z Ofiru postawiła własną faktorię i ambasadę, wywalczyła strefę bezcłową i zapuściła korzenie w nowym miejscu. Nad tym wszystkim spokojnie czuwały Wdowy i Matrony - grupa doświadczonych mieszczanek, które zamiast mieczy miały do dyspozycji księgi wieczyste, przytułek, oraz rozsądnie dobierane sojusze i małżeństwa. Krok po kroku dbały o to, by Chwosty miały dach nad głową dla najsłabszych, stałe źródła dochodu i choć odrobinę stabilności na czasy, które wyraźnie miały stać się trudniejsze. W oficjalnych opowieściach uchodziły za zwykłe „panie od dobroczynności”, ale każdy, kto miał głowę na karku, szybko pojął, że lepiej, aby siedziały po jego stronie stołu, a nie naprzeciwko.
Straż, Celnicy i Poborcy na swój sposób próbowali utrzymać państwowy porządek, podczas gdy Weterani - wymknąć się spod jego paragrafów. Udało się powołać Komisję Poborową, utrzymać względny porządek i postawić zbrodniarzy przed sądem, a księgi podatkowe w większości się zgadzały. Choć nilfgaardzkich szpiegów nie znaleziono, a część nazwisk nie trafiło do rejestrów poborowych, skarbiec mimo wszystko nie świecił pustkami. Weterani natomiast spłacili długi, zadbali o przeprawę przez Pontar i ruszyli na północ, znikając z pola widzenia tych, którzy mogli sobie jeszcze przypomnieć ich dawne nazwiska.
Po drugiej stronie społecznej drabiny Żebracza Kamraderia zbudowała własne imperium, oparte na Żebraczym Groszu, długach wdzięczności i informacji sprzedawanej temu, kto lepiej płaci. Uchodźcy wtopili się w tło, chwytając się pracy i relacji, by po prostu przeżyć jeszcze jeden dzień. Studencka Kompania zamknęła swoje szalone eksperymenty ożywieniem Istoty i śmiercią towarzysza, spłaciła długi, uniknęła poboru i rozeszła się w cztery strony, by w przyszłości spotkać się już nie na wykładach, lecz być może… po przeciwnych stronach frontu. Trupa Artystyczna spłaciła długi dobrze sprzedanym spektaklem, zyskała ofirski glejt, bezpieczne miejsce w ich obozie i materiał na nową balladę o Północnicy, która czeka jeszcze na wielką premierę. Jednak, gdy przyszło do ucieczki przed Czarnymi, artyści zostali po tej stronie Pontaru, z kufrem rekwizytów, kilkoma monetami w sakiewce i świadomością, że tym razem muszą szukać ratunku gdzie indziej niż na wodzie.
A potem na rynek Chwostów wpadła garstka żołnierzy pod poszarpanym temerskim sztandarem. Ves - umazana błotem, z zaciętą miną kogoś, kto widział już za dużo - stanęła na wozie i zawołała do ludzi, by chwytali za broń. Opowieści o wojnie, które dotąd brzmiały jak wieści z odległych traktów, nagle miały imiona, twarze i skrwawione bandaże. Tego dnia stało się jasne, że Pontar przestaje być bezpieczną granicą, a staje się linią frontu.
To, co przyszło później, było już nagą konsekwencją zbliżającej się klęski. Najpierw przez okolice przetoczyły się rozbite temerskie oddziały - uciekinierzy, dezerterzy, ranni ciągnący na prowizorycznych wozach. Później, jak cień za nimi, nadciągnęły zwarte szeregi w czarnych tabardach. Bitwa rozegrała się na tyle blisko, że w Chwostach dudniła ziemia, a niebo nad horyzontem rozświetlały pożary. Gdy ucichł bitewny zgiełk, było już po wszystkim: Nilfgaard zwyciężył a temerska strona miasta została zajęta.
Co dalej z miasteczkiem?
Flochburg przestał istnieć z nazwy - na jego miejscu pojawiło się Caudavaro, z nilfgaardzkim garnizonem, własną administracją i narzuconą z góry wiarą. Czarni nie spalili Ostrowa - uznali go za zbyt ważny punkt strategiczny. Zamiast tego przejęli mosty, magazyny i księgi podatkowe, a ludność… przenieśli. Mieszkańców z temerskiej strony przesiedlono „dla porządku” do pobliskiego, nadgranicznego miasteczka. Do Redańczyków zaś wystosowana została propozycja z gatunku tych, których się nie odrzuca: “lepiej wynieść się samemu, zanim zrobi to za was armia”. Ludzie Chwostów ruszyli więc w te same okolice, które zasiedlili ich dawni sąsiedzi - tylko po swojej stronie granicy. W końcu od lat żyli obok siebie, prowadzili wspólne interesy i kłócili się o te same ceny zboża. Łatwiej było przenieść całe to życie kilka mil dalej, niż zaczynać zupełnie od zera. Najboleśniej odczuli to Dokerzy - musieli porzucić ukochany Pontar, łodzie i nabrzeże. Zabrali ze sobą, co tylko byli w stanie unieść - także posąg Vodyanoi, jakby liczyli, że bożek wesprze ich w trudnych czasach.
Wojna przestała być opowieścią, a stała się codziennością. Głód, bieda i armie, które zawsze biorą, co chcą - obojętne, czy na tarczach mają temerskie lilie, czy nilfgaardzkie słońce - zmusiły mieszkańców do decyzji, jakich nikt nigdy nie chciałby podejmować. Jedni wybierali z serca: sprzedawali ostatni worek mąki, by wykarmić cudze dzieci, ukrywali uciekinierów, ryzykowali życiem dla bliskich. Inni widzieli w tym okazję - do zysku, zemsty, budowania własnej pozycji na cudzym nieszczęściu.
Prawdziwa pieśń wojny dopiero zaczęła płynąć w dół Pontaru - na barkach i tratwach, które zamiast towaru niosły ciała żołnierzy, a także w wozach i kolumnach ludzi przesiedlanych z Ostrowa i okolicznych wsi. Za uchodźcami ciągnęły coraz chudsze konie, a w starych domach nad rzeką pustoszały spichrze, podczas gdy nowe, po drugiej stronie granicy, zapełniały się zbyt wolno, jak na liczbę nowych gęb do wykarmienia. Wraz z głodem i biedą nadciągnęli prawdziwi heroldowie nieszczęścia. Najpierw pojawiły się w opuszczonych piwnicach Caudavaro, potem w przepełnionych stodołach i spichlerzach tam, gdzie przeniesiono ludzi, aż w końcu przebiegały środkiem drogi nawet za dnia. Szczury…
Każdy wiedział, że tam, gdzie się zadomowią, szybko znika spokój, potem zdrowie, na końcu porządek. Wtedy okazało się, że wszystkie pakty, przywileje i akty własności znaczą niewiele w świecie, w którym o tym, kto przetrwa zimę, nie decydują już pieczęcie ani herby, tylko to, ilu “nieproszonych gości” zawita nocą do spichlerza.

Czekamy na ciebie w tym roku!
Ostatnie wpisy:


